Tagged with: Praca
Latam tu i tam niczym wariatka. Jak zaczerpnę grypowego powietrza, to wrócę do domu, położę się do łóżka i zacznę chorować. Z dwojga złego już wolę mróz, co tak niby strasznie trzeszczał jeszcze jakiś tydzień albo dwa tygodnie temu, gdy większość (jeśli nie wszyscy) przeziębionych i zagrypionych siedziała w domach, zamiast pracować (i prawidłowo!).
Długo nie pisałam. Fakt, pewne rzeczy uległy zmianie, ale nie wszystkie. Nadal jestem bezrobotna. Praktycznie przestałam wychodzić z domu (ale jeszcze nie z łóżka – jak widać), bo każdy dłuższy lub krótszy spacer w moim przypadku oznacza z reguły jakiś większy lub mniejszy wydatek. Tak czy owak – rachunki będę musiała kiedyś opłacić, a na razie tylko się do tego przymierzam.
I tak, i nie. Na horyzoncie pojawiła się nowa nadzieja. Oznacza ona jednoczesną przeprowadzkę w zupełnie inne miejce, do mniejszej miejscowości. Już raz tak próbowałam – w maju. Chciałam wyjechać do Poznania, ale wówczas jeszcze się wahałam czy w ogóle warto to robić. Dziś już by tego wahania nie było.
Piszę list motywacyjny. Różne mam z nim perypetie. Począwszy od marnej wiedzy na temat działu bądź osoby, do której mam go skierować, a skończywszy na umotywowaniu dlaczego chcę tam pracować. Poza obsługą kasy fiskalnej, nie mam innych umiejętności czy nawet urody tak potrzebnej sprzedawcy ani nie wierzę w siebie.
Tak, wiem. Można sobie wymagać, bozia jedna wie co. Ale nie w momencie, gdy granice na Zachód są otwarte na oścież, a poziom bezrobocia (podobno) jest na poziomie 10% – dla pracodawcy może się okazać to zbyt niebezpieczne, po prostu nie znajdzie pracownika.