Znacie historię Elizabeth Murray? Dziewczyny, którą wychowywał nowojorski Bronx, wpędzając ją jednocześnie w bezdomność, w brutalną walkę o przetrwanie, a mimo to w ciągu dwóch lat skończyła szkołę i dostała się na prestiżową amerykańską uczelnię w Harvardzie?
Udało jej się tego dokonać, bo w pewnym momencie zrozumiała, że jeśli nie postawi wszystkiego na jedną kartę, to życie, jakie dotychczas prowadziła, już nigdy nie ulegnie zmianie na lepsze, a wręcz odwrotnie – może znacznie się pogorszyć. To byłaby dla niej porażka, bo Lisa Murray za wszelką cenę chciała się wyrwać z dawnego środowiska, które przecież nie każdemu jest na rękę. Wiadomo – narkomani, alkoholicy (częstokroć niereformowalni – jak jej rodzice), różnej maści przestępcy – patologia to niemal synonim Bronksu.
Ta młoda, ponadprzeciętnie inteligentna i odważna dziewczyna zadała sobie wiele trudu, by przetrwać, postawić na swoim, odwrócić swoją życiową równię pochyłą w wędrówkę na szczyt. Tym samym stała się wzorem do naśladowania dla innych osób.
Per aspera ad astra – mawiał Seneka – przez trudy do gwiazd, przez ciężką pracę na sam wierzchołek kariery, ze slumsów na Harvard. Nie wierzę, że w Polsce – jak we wspomnianej wyżej dzielnicy Nowego Jorku – żaden trud się nie opłaca. Inaczej nie wsiadłabym do pociągu na drodze do Warszawy, dokąd skierowałam się po nowe życie i stawiam wszystko na jedną kartę, zupełnie jak Lisa.
Nie wiem co mnie czeka w przyszłości, ale jednego jestem pewna: nie chcę skończyć na samym dnie, nie chcę mieć gorzej od rodzonej siostry, która mimo ukończonych studiów, nie pracuje w wyuczonym zawodzie i marnie zarabia. Pragnę dorosnąć, a to się nie uda bez opuszczenia rodzinnego domu, gdzie wiele rzeczy jest mi podawane niemal na talerzu, bez wyrwania się z objęć nadopiekuńczej matki, która każdą wieść o wylocie z gniazda kwituje słowami z cyklu Nie poradzisz sobie. Ściema. Ja muszę sobie poradzić. Muszę nauczyć się latać.

