Ukończyłam szkołę z niezłym wynikiem. Odbyłam staż, a w tzw. międzyczasie podeszłam do egzaminu zawodowego i dwa miesiące później odebrałam dyplom. Jutro zaś zaczynam kurs. I to nie byle jaki.
View full article »
Category: Praca
Chwilowo zawieszam poszukiwanie pracy. Nie jest ów fakt podyktowany względem znalezienia nowego zajęcia – raczej wynika z uczestnictwa w szkoleniu, na które zgłosiłam się dobrowolnie, wypełniwszy najpierw stosowną ankietę w stosownym dziale.
Jak poinformowano grupę – za ten kurs (jak za każdy trwający dłużej niż 150 godzin, a Kompleksowa obsługa biura do takich właśnie należy) przysługuje stypendium w wysokości 100% zasiłku (czyli na chwilę obecną – 551,80 złotych brutto), aczkolwiek jest on wyliczany indywidualnie, na podstawie listy obecności. Tę listę należy podpisywać każdego dnia, w którym odbywają się zajęcia. Jeśli jednego podpisu z jakiegoś powodu zabraknie – wtedy stypendium zostanie zmniejszone. Oczywiście są pewne wyjątki – to na przykład choroba (należy przynieść zwolnienie lekarskie) i wizyta w Urzędzie Pracy (stosowny zapis na karcie aktywności).
Zazwyczaj zajęcia zaczynają się o ósmej rano i nie trwają dłużej niż osiem godzin zegarowych (zwykle jest ich jednak pięć, sześć lub siedem). Zwracane są też koszty przejazdu najtańszym środkiem komunikacji, ale nie komunikacji miejskiej oraz (częściowo) koszty opieki nad małym dzieckiem, o ile oczywiście osoba bezrobotna je ma.
Rezultaty – bliżej mi nieznane. To czy znajdę pracę, czy nie, nie jest uzależnione wyłącznie od szkolenia.
Czasem myślę czy nie rzucić tej roboty w cholerę i nie poszukać innego zajęcia. Jeszcze kilka miesięcy temu mój szacunek do szefa był wyraźnie wysoki. Do niedawna mogłam myśleć o początku roboczego tygodnia wyłącznie w kategorii przymusowego wczesnego wstawania. Wychodziłam z domu nieco wcześniej, z biura zaś później, w nadziei, że właściciel to kiedyś doceni. Zdarzało się nawet, że pracę zabierałam ze sobą do domu na weekend tylko po to, by móc zrobić jeszcze więcej niż dałam radę w ramach jej godzin.
Dziś to wszystko się wypaliło. Zmieniło. Drastycznie, choć na pierwszy rzut oka zmiana ta nie wygląda tak wyraziście.
Wstaję, bo muszę. Z domu i biura wychodzę na tyle wcześnie, by zdążyć na autobus. Z niecierpliwością czekam piątku, a w weekend nie mam najmniejszej ochoty ani potrzeby na rozmowę z przełożonym. Cokolwiek się jednak wydarzy to wiem, że będę musiała przetrwać ostatnie dwa miesiące tego roku. Koniec i kropka. There’s no turning back.
Zanim w Internecie pojawi się kolejny śmieć mojego autorstwa, pragnę zaznaczyć, że podpisałam pewną umowę, a więc zgodziłam się na takie, a nie inne, warunki drugiej strony i nie chcę z tego rezygnować. Będę musiała się męczyć przez następne trzy miesiące, wypełniając nie do końca wymarzone obowiązki, ale jednego jestem pewna: będzie to już ostatni taki kwartał.
Nie lubię pisać wypracowań — po latach szkolnych pozostały mi przykre wspomnienia z nimi związane, poczynając od wymuszonych nocnych zarwań, po nauczycielkę, która miała głęboko fakt czy coś pisałam, czy nie, bo tak czy siak znalazłaby powód, żeby dostawić kolejną pałę w odpowiedniej rubryce (ewentualnie wówczas, gdy nie miałam pracy domowej, a kiedy ją miałam — w ogóle tego nie sprawdzała — zależnie od humoru “Szanownej Pani Profesor”).
Tak samo jak nie lubię bzdurnej pisaniny, tak też — kolokwialnie mówiąc — rzygam na widok śmietnika. Bynajmniej nie dlatego, że jest tam brudno (co naturalne), ale dlatego, że śmierdzi. Internet od marketingowego spamu i pochwalnych hymnów na temat networków też kiedyś zacznie cuchnąć. To może się stać już wkrótce, jeśli nie zrezygnuje się ilości na rzecz jakości. W końcu sieć od zarania jej dziejów miała być nośnikiem informacji, a nie reklamowych komunikatów. Ponoć 90% (99,9%?) Internautów nie czyta tego, czego szuka, więc wystarczy do byle jak przemyślanego, aczkolwiek unikalnego tekstu dodać parę fraz i łączy, i już. Wszystko. Kolej na następne. To w takim razie co oni robią? Obrazki oglądają? Ja na przykład przestaję czytać, jeśli w tekście nie widzę niczego interesującego i po prostu zamykam stronę. W sumie niby po co mam marnować swój czas? Wystarczy, że dla paru groszy i w imię budowania marki zmarnował go autor.
Wkurzyłam się — stąd ta notka.
Dobranoc.
Długo nie pisałam. Fakt, pewne rzeczy uległy zmianie, ale nie wszystkie. Nadal jestem bezrobotna. Praktycznie przestałam wychodzić z domu (ale jeszcze nie z łóżka – jak widać), bo każdy dłuższy lub krótszy spacer w moim przypadku oznacza z reguły jakiś większy lub mniejszy wydatek. Tak czy owak – rachunki będę musiała kiedyś opłacić, a na razie tylko się do tego przymierzam.
Co nowego w sprawie pracy? Ciągle szukam, choć ofert jest już znacznie mniej. Wysłałam jedno CV. Z portfolio. Oczywiście nikt nie odpowiedział. Czasem pomogę tu i ówdzie, nawet za darmo, dla zdobycia doświadczenia. Udzielam się i moderuję forum webmasterskie; od jego administratora dostałam zlecenie utworzenia szkieletu portalu (mam już w głowie jeden pomysł, choć nie wiem czy będzie on udany). Współpraca z pewnym biznesmenem układa mi się w miarę dobrze, choć to od wyników mojej pracy będzie zależało czy otrzymam z tego tytułu jakieś profity.
Od niedawna uczę się stosowania bibliotek Smarty w szablonach PHP. To mi pomoże trochę szybciej opracowywać projekty, choć i tak w jakimś sensie będę musiała zmieniać się z projektantki w programistkę usiłującą napisać jakiś prosty, działający skrypt. Tylko raz w życiu udała mi się ta sztuka, ale nie dotyczyła języka PHP, tylko C/C++, zresztą było to już dawno temu.

