Category: Szukam pracy


Przede mną jeszcze tylko cztery dni szkolenia z zakresu kompleksowej obsługi biura. Potem hulaj dusza, czyli powrót do pełnowymiarowego bezrobocia. Przetrwałam zimę – to najważniejsze. Dzięki wiośnie mam nieco więcej energii niż jeszcze parę miesięcy temu. Wstaję wcześniej niż zwykle, nawet w dni wolne — ewenement :-)

Znalazłam w sieci parę ofert pracy. Prawdopodobnie odpowiem na którąś z nich, ale najpierw muszę zrobić zdjęcie do CV. Przyda się i w formie cyfrowej, i jako typowe zdjęcie na specjalnym papierze fotograficznym, ale bardziej zależy mi na tym pierwszym.

Tak oto walczę o coś, czego prawdopodobnie nie otrzymam.

Latam tu i tam niczym wariatka. Jak zaczerpnę grypowego powietrza, to wrócę do domu, położę się do łóżka i zacznę chorować. Z dwojga złego już wolę mróz, co tak niby strasznie trzeszczał jeszcze jakiś tydzień albo dwa tygodnie temu, gdy większość (jeśli nie wszyscy) przeziębionych i zagrypionych siedziała w domach, zamiast pracować (i prawidłowo!).

Może i mogłabym zostać w domu, ale miałam dzisiaj kilka spraw do załatwienia. Na przykład złożyłam ankietę z wybranymi szkoleniami w Urzędzie Pracy. Jak się uda, to może nauczę się kompleksowo obsługiwać biuro i szybciej znajdować dla siebie pracę, inaczej będzie kiepsko – ze mną i moimi pozostałymi oszczędnościami, które już powoli topnieją.

Czasem myślę czy nie rzucić tej roboty w cholerę i nie poszukać innego zajęcia. Jeszcze kilka miesięcy temu mój szacunek do szefa był wyraźnie wysoki. Do niedawna mogłam myśleć o początku roboczego tygodnia wyłącznie w kategorii przymusowego wczesnego wstawania. Wychodziłam z domu nieco wcześniej, z biura zaś później, w nadziei, że właściciel to kiedyś doceni. Zdarzało się nawet, że pracę zabierałam ze sobą do domu na weekend tylko po to, by móc zrobić jeszcze więcej niż dałam radę w ramach jej godzin.

Dziś to wszystko się wypaliło. Zmieniło. Drastycznie, choć na pierwszy rzut oka zmiana ta nie wygląda tak wyraziście.

Wstaję, bo muszę. Z domu i biura wychodzę na tyle wcześnie, by zdążyć na autobus. Z niecierpliwością czekam piątku, a w weekend nie mam najmniejszej ochoty ani potrzeby na rozmowę z przełożonym. Cokolwiek się jednak wydarzy to wiem, że będę musiała przetrwać ostatnie dwa miesiące tego roku. Koniec i kropka. There’s no turning back.

Znacie historię Elizabeth Murray? Dziewczyny, którą wychowywał nowojorski Bronx, wpędzając ją jednocześnie w bezdomność, w brutalną walkę o przetrwanie, a mimo to w ciągu dwóch lat skończyła szkołę i dostała się na prestiżową amerykańską uczelnię w Harvardzie?

Udało jej się tego dokonać, bo w pewnym momencie zrozumiała, że jeśli nie postawi wszystkiego na jedną kartę, to życie, jakie dotychczas prowadziła, już nigdy nie ulegnie zmianie na lepsze, a wręcz odwrotnie – może znacznie się pogorszyć. To byłaby dla niej porażka, bo Lisa Murray za wszelką cenę chciała się wyrwać z dawnego środowiska, które przecież nie każdemu jest na rękę. Wiadomo – narkomani, alkoholicy (częstokroć niereformowalni – jak jej rodzice), różnej maści przestępcy – patologia to niemal synonim Bronksu.

Ta młoda, ponadprzeciętnie inteligentna i odważna dziewczyna zadała sobie wiele trudu, by przetrwać, postawić na swoim, odwrócić swoją życiową równię pochyłą w wędrówkę na szczyt. Tym samym stała się wzorem do naśladowania dla innych osób.

Per aspera ad astra – mawiał Seneka – przez trudy do gwiazd, przez ciężką pracę na sam wierzchołek kariery, ze slumsów na Harvard. Nie wierzę, że w Polsce – jak we wspomnianej wyżej dzielnicy Nowego Jorku – żaden trud się nie opłaca. Inaczej nie wsiadłabym do pociągu na drodze do Warszawy, dokąd skierowałam się po nowe życie i stawiam wszystko na jedną kartę, zupełnie jak Lisa.

Nie wiem co mnie czeka w przyszłości, ale jednego jestem pewna: nie chcę skończyć na samym dnie, nie chcę mieć gorzej od rodzonej siostry, która mimo ukończonych studiów, nie pracuje w wyuczonym zawodzie i marnie zarabia. Pragnę dorosnąć, a to się nie uda bez opuszczenia rodzinnego domu, gdzie wiele rzeczy jest mi podawane niemal na talerzu, bez wyrwania się z objęć nadopiekuńczej matki, która każdą wieść o wylocie z gniazda kwituje słowami z cyklu Nie poradzisz sobie. Ściema. Ja muszę sobie poradzić. Muszę nauczyć się latać.

To się okaże w najbliższy poniedziałek. Niby coś się stało, ale dalej nic nie wiadomo. Pojadę, zrobię swoje, wrócę i będę czekać na dalszy rozwój sytuacji. Możliwe, iż znów się okaże, że nic z tego nie wyjdzie, że nic się nie urodzi. Ileż to razy już tak było? Ileż już razy przeżywałam to samo z powodu porażki? Dlatego wolę zachować spokój, niż mieć banana na gębie.

Za długo trwa to całe oczekiwanie na lepsze czasy. Gdyby nie epoka freelancerska w moim życiu, która trwa od miesiąca, może dwóch, zamiłowanie do oszczędzania ostatnich groszy i parę osób, którzy wpadli, by pomóc za drobną przysługę, prawdopodobnie zdechłabym z głodu albo nie miała pieniędzy na bilet,  choćby w tę jedną stronę lub lekarstwa.

Dziś pojawiła się kolejna szansa. Tylko nie wiem czy stanie się kolejnym złudzeniem, czy też przerodzi się w coś trwalszego.