Category: Szukam pracy


Latam tu i tam

Latam tu i tam niczym wariatka. Jak zaczerpnę grypowego powietrza, to wrócę do domu, położę się do łóżka i zacznę chorować. Z dwojga złego już wolę mróz, co tak niby strasznie trzeszczał jeszcze jakiś tydzień albo dwa tygodnie temu, gdy większość (jeśli nie wszyscy) przeziębionych i zagrypionych siedziała w domach, zamiast pracować (i prawidłowo!).

Może i mogłabym zostać w domu, ale miałam dzisiaj kilka spraw do załatwienia. Na przykład złożyłam ankietę z wybranymi szkoleniami w Urzędzie Pracy. Jak się uda, to może nauczę się kompleksowo obsługiwać biuro i szybciej znajdować dla siebie pracę, inaczej będzie kiepsko – ze mną i moimi pozostałymi oszczędnościami, które już powoli topnieją.

Kryzysowe zmiany

Czasem myślę czy nie rzucić tej roboty w cholerę i nie poszukać innego zajęcia. Jeszcze kilka miesięcy temu mój szacunek do szefa był wyraźnie wysoki. Do niedawna mogłam myśleć o początku roboczego tygodnia wyłącznie w kategorii przymusowego wczesnego wstawania. Wychodziłam z domu nieco wcześniej, z biura zaś później, w nadziei, że właściciel to kiedyś doceni. Zdarzało się nawet, że pracę zabierałam ze sobą do domu na weekend tylko po to, by móc zrobić jeszcze więcej niż dałam radę w ramach jej godzin.

Dziś to wszystko się wypaliło. Zmieniło. Drastycznie, choć na pierwszy rzut oka zmiana ta nie wygląda tak wyraziście.

Wstaję, bo muszę. Z domu i biura wychodzę na tyle wcześnie, by zdążyć na autobus. Z niecierpliwością czekam piątku, a w weekend nie mam najmniejszej ochoty ani potrzeby na rozmowę z przełożonym. Cokolwiek się jednak wydarzy to wiem, że będę musiała przetrwać ostatnie dwa miesiące tego roku. Koniec i kropka. There’s no turning back.

Per aspera ad astra

Znacie historię Elizabeth Murray? Dziewczyny, którą wychowywał nowojorski Bronx, wpędzając ją jednocześnie w bezdomność, w brutalną walkę o przetrwanie, a mimo to w ciągu dwóch lat skończyła szkołę i dostała się na prestiżową amerykańską uczelnię w Harvardzie?

Udało jej się tego dokonać, bo w pewnym momencie zrozumiała, że jeśli nie postawi wszystkiego na jedną kartę, to życie, jakie dotychczas prowadziła, już nigdy nie ulegnie zmianie na lepsze, a wręcz odwrotnie – może znacznie się pogorszyć. To byłaby dla niej porażka, bo Lisa Murray za wszelką cenę chciała się wyrwać z dawnego środowiska, które przecież nie każdemu jest na rękę. Wiadomo – narkomani, alkoholicy (częstokroć niereformowalni – jak jej rodzice), różnej maści przestępcy – patologia to niemal synonim Bronksu.

Ta młoda, ponadprzeciętnie inteligentna i odważna dziewczyna zadała sobie wiele trudu, by przetrwać, postawić na swoim, odwrócić swoją życiową równię pochyłą w wędrówkę na szczyt. Tym samym stała się wzorem do naśladowania dla innych osób.

Per aspera ad astra – mawiał Seneka – przez trudy do gwiazd, przez ciężką pracę na sam wierzchołek kariery, ze slumsów na Harvard. Nie wierzę, że w Polsce – jak we wspomnianej wyżej dzielnicy Nowego Jorku – żaden trud się nie opłaca. Inaczej nie wsiadłabym do pociągu na drodze do Warszawy, dokąd skierowałam się po nowe życie i stawiam wszystko na jedną kartę, zupełnie jak Lisa.

Nie wiem co mnie czeka w przyszłości, ale jednego jestem pewna: nie chcę skończyć na samym dnie, nie chcę mieć gorzej od rodzonej siostry, która mimo ukończonych studiów, nie pracuje w wyuczonym zawodzie i marnie zarabia. Pragnę dorosnąć, a to się nie uda bez opuszczenia rodzinnego domu, gdzie wiele rzeczy jest mi podawane niemal na talerzu, bez wyrwania się z objęć nadopiekuńczej matki, która każdą wieść o wylocie z gniazda kwituje słowami z cyklu Nie poradzisz sobie. Ściema. Ja muszę sobie poradzić. Muszę nauczyć się latać.

Przełom?

To się okaże w najbliższy poniedziałek. Niby coś się stało, ale dalej nic nie wiadomo. Pojadę, zrobię swoje, wrócę i będę czekać na dalszy rozwój sytuacji. Możliwe, iż znów się okaże, że nic z tego nie wyjdzie, że nic się nie urodzi. Ileż to razy już tak było? Ileż już razy przeżywałam to samo z powodu porażki? Dlatego wolę zachować spokój, niż mieć banana na gębie.

Za długo trwa to całe oczekiwanie na lepsze czasy. Gdyby nie epoka freelancerska w moim życiu, która trwa od miesiąca, może dwóch, zamiłowanie do oszczędzania ostatnich groszy i parę osób, którzy wpadli, by pomóc za drobną przysługę, prawdopodobnie zdechłabym z głodu albo nie miała pieniędzy na bilet,  choćby w tę jedną stronę lub lekarstwa.

Dziś pojawiła się kolejna szansa. Tylko nie wiem czy stanie się kolejnym złudzeniem, czy też przerodzi się w coś trwalszego.

Słaby miesiąc

Telefon milczy już od miesiąca. A dziś mam szczególnie ciężki dzień. Od rana nic mi nie wychodzi. Moje oczy co chwila wypełniają się łzami. Ale muszę jakoś przetrwać ten okres, chociaż nie jest to łatwe, zwłaszcza wtedy, gdy ma się świadomość zostania olanym po raz kolejny przez kogoś innego.

Czy doczekam się chwili, w której obwieszczę w pełnym entuzjazmu i zadowolenia z siebie wpisie, że wreszcie znalazłam pracę o jakiej marzyłam? Czy znajdzie się ktoś, kto weźmie mnie pod swoje skrzydła? Nie chcę przez resztę życia utrzymywać się z programów partnerskich.

Ech. Idę tworzyć projekt na zlecenie.

Powered by WordPress | Theme: Motion by 85ideas.