Napiszę wprost — jeśli ktoś życzyłby mieć u siebie kogoś, kto zgodziłby się pracować za darmo, to równie dobrze mógłby z tą osobą podpisać umowę o praktykę (o ile dana osoba posiada status ucznia/studenta) bądź wolontariat, a nie tylko zaprosić na tzw. „dzień próbny”. W innych przypadkach nosiłoby to znamiona — mówiąc krótko — wyzysku.

Na czym polega wyzysk podczas takiego dnia? Otóż „dzień próbny” jest to najczęściej praca na rzecz jakiegoś przedsiębiorstwa bez obowiązkowej umowy sporządzonej na piśmie, co skutkuje również brakiem wynagrodzenia za ów dzień. I nie ma też nic wspólnego z rzeczoną praktyką zawodową czy wolontariatem. Wyjątki od powyższej reguły być może istnieją, ale… niestety pozostają wyjątkami, jednocześnie ją potwierdzając.

Jestem świadoma, że pracodawcy, którzy oferują „dni próbne”, potencjalnie mogą nie lubić trochę lepiej zaznajomionych z kodeksem pracy kandydatów. Nie zdziwię się więc, jeśli po niemal obiecującej rozmowie kwalifikacyjnej, na której zaproponowano mi odbycie takowej „próby” (po moim ustnym proteście formę tejże pracy złagodzono do krótkotrwałej umowy na okres próbny), nikt potem nie zadzwoni. Żałuję tylko, że nie zaproponowałam od razu zatrudnienia na umowę o praktykę zawodową, w końcu przydałaby mi się do szkoły, nie wspominając, że byłabym wtedy nawet tańsza od byle studenta zatrudnionego na umowę-zlecenie. A osobie zarządzającej projektem podobno zależy na tym, żeby nie „rozwalić” budżetu. Też popracuję dla niego za totalną darmochę, jednakże przez miesiąc, a nie przez dzień (nie jest możliwe poznanie wszystkich możliwości pracownika w ciągu jednego dnia pracy) i z umową.

Złoty środek? To się okaże.

« »