Back to school cz. IV. Egzaminy. Stres
Teraz mogę to jasno oznajmić (choć być może całkiem spora liczba osób już otrzymała taką informację)…Bez problemu przeszłam na drugi semestr. Co nie znaczy, że w ogóle nie najadłam się strachu. Szczytową oznaką stresu były wędrujące po całej głowie bóle, nudności, kołatanie serca i podwyższone ciśnienie krwi. Naprawdę — do południa nie byłam w stanie cokolwiek przełknąć, gdyż natychmiast zbierało mi się na wymioty. I to wszystko działo się za sprawą adrenaliny…
Mam tak od przełomu listopada i grudnia, czyli mniej więcej od czasu gdy codziennie ślęczałam nad pracami semestralnymi, starając się je napisać w porę. Wtedy też istniał pewien stres, choć nie był aż tak silny jak pierwszego dnia egzaminów. Uważam, że wynikał on z nieoczekiwanego buntu mojego organizmu (koniec końców prokrastynacja zawsze daje o sobie znać, a najbardziej w momencie, gdy trzeba zabrać się za robotę, lol…). Termin oddania prac był dość odległy — miałam miesiąc, może trochę więcej, a mimo to bałam się, że nie zdążę ze wszystkim, bo jestem osobą z natury powolną, wręcz ślamazarną i na dodatek pedantyczną. Czułam w sobie jakiś wewnętrzny niepokój z tego właśnie powodu i wkrótce lęk przełożył się na funkcjonowanie mojego organizmu. Ciało zawołało, że coś mu dolega i w taki oto sposób padłam.
Teraz, kiedy napięcie opadło i można pochwalić się ładnymi ocenami, wiem, że powodem takich dolegliwości nie były wahania ciśnienia atmosferycznego ani migrena, ani odwodnienie, ale zwykłe nerwy. Na razie się z nimi żegnam. Do zobaczenia za parę miesięcy przy okazji kolejnej sesji egzaminacyjnej.
