Teraz mogę to jasno oznajmić (choć być może całkiem spora liczba osób już otrzymała taką informację)…Bez problemu przeszłam na drugi semestr. Co nie znaczy, że w ogóle nie najadłam się strachu. Szczytową oznaką stresu były wędrujące po całej głowie bóle, nudności, kołatanie serca i podwyższone ciśnienie krwi. Naprawdę — do południa nie byłam w stanie cokolwiek przełknąć, gdyż natychmiast zbierało mi się na wymioty. I to wszystko działo się za sprawą adrenaliny…

Mam tak od przełomu listopada i grudnia, czyli mniej więcej od czasu gdy codziennie ślęczałam nad pracami semestralnymi, starając się je napisać w porę. Wtedy też istniał pewien stres, choć nie był aż tak silny jak pierwszego dnia egzaminów. Uważam, że wynikał on z nieoczekiwanego buntu mojego organizmu (koniec końców prokrastynacja zawsze daje o sobie znać, a najbardziej w momencie, gdy trzeba zabrać się za robotę, lol…). Termin oddania prac był dość odległy — miałam miesiąc, może trochę więcej, a mimo to bałam się, że nie zdążę ze wszystkim, bo jestem osobą z natury powolną, wręcz ślamazarną i na dodatek pedantyczną. Czułam w sobie jakiś wewnętrzny niepokój z tego właśnie powodu i wkrótce lęk przełożył się na funkcjonowanie mojego organizmu. Ciało zawołało, że coś mu dolega i w taki oto sposób padłam.

Teraz, kiedy napięcie opadło i można pochwalić się ładnymi ocenami, wiem, że powodem takich dolegliwości nie były wahania ciśnienia atmosferycznego ani migrena, ani odwodnienie, ale zwykłe nerwy. Na razie się z nimi żegnam. Do zobaczenia za parę miesięcy przy okazji kolejnej sesji egzaminacyjnej.

« »