Zanim w Internecie pojawi się kolejny śmieć mojego autorstwa, pragnę zaznaczyć, że podpisałam pewną umowę, a więc zgodziłam się na takie, a nie inne, warunki drugiej strony i nie chcę z tego rezygnować. Będę musiała się męczyć przez następne trzy miesiące, wypełniając nie do końca wymarzone obowiązki, ale jednego jestem pewna: będzie to już ostatni taki kwartał.

Nie lubię pisać wypracowań — po latach szkolnych pozostały mi przykre wspomnienia z nimi związane, poczynając od wymuszonych nocnych zarwań, po nauczycielkę, która miała głęboko fakt czy coś pisałam, czy nie, bo tak czy siak znalazłaby powód, żeby dostawić kolejną pałę w odpowiedniej rubryce (ewentualnie wówczas, gdy nie miałam pracy domowej, a kiedy ją miałam — w ogóle tego nie sprawdzała — zależnie od humoru “Szanownej Pani Profesor”).

Tak samo jak nie lubię bzdurnej pisaniny, tak też — kolokwialnie mówiąc — rzygam na widok śmietnika. Bynajmniej nie dlatego, że jest tam brudno (co naturalne), ale dlatego, że śmierdzi. Internet od marketingowego spamu i pochwalnych hymnów na temat networków też kiedyś zacznie cuchnąć. To może się stać już wkrótce, jeśli nie zrezygnuje się ilości na rzecz jakości. W końcu sieć od zarania jej dziejów miała być nośnikiem informacji, a nie reklamowych komunikatów. Ponoć 90% (99,9%?) Internautów nie czyta tego, czego szuka, więc wystarczy do byle jak przemyślanego, aczkolwiek unikalnego tekstu dodać parę fraz i łączy, i już. Wszystko. Kolej na następne. To w takim razie co oni robią? Obrazki oglądają? Ja na przykład przestaję czytać, jeśli w tekście nie widzę niczego interesującego i po prostu zamykam stronę. W sumie niby po co mam marnować swój czas? Wystarczy, że dla paru groszy i w imię budowania marki zmarnował go autor.

Wkurzyłam się — stąd ta notka.

Dobranoc.

« »