Czasem myślę czy nie rzucić tej roboty w cholerę i nie poszukać innego zajęcia. Jeszcze kilka miesięcy temu mój szacunek do szefa był wyraźnie wysoki. Do niedawna mogłam myśleć o początku roboczego tygodnia wyłącznie w kategorii przymusowego wczesnego wstawania. Wychodziłam z domu nieco wcześniej, z biura zaś później, w nadziei, że właściciel to kiedyś doceni. Zdarzało się nawet, że pracę zabierałam ze sobą do domu na weekend tylko po to, by móc zrobić jeszcze więcej niż dałam radę w ramach jej godzin.
Dziś to wszystko się wypaliło. Zmieniło. Drastycznie, choć na pierwszy rzut oka zmiana ta nie wygląda tak wyraziście.
Wstaję, bo muszę. Z domu i biura wychodzę na tyle wcześnie, by zdążyć na autobus. Z niecierpliwością czekam piątku, a w weekend nie mam najmniejszej ochoty ani potrzeby na rozmowę z przełożonym. Cokolwiek się jednak wydarzy to wiem, że będę musiała przetrwać ostatnie dwa miesiące tego roku. Koniec i kropka. There’s no turning back.

