Przyszedł kolejny tydzień i – póki co – nikt się nie odezwał. Jak zwykle, zresztą. Już dawno powinnam była się przyzwyczaić do myśli, że tej pracy jednak nie znajdę. Koniec nadziei. To jest tak piękne, że aż niemożliwe, aby stało się rzeczywistością.
Nie można polegać na Bogu, bo on jest w stanie wykarmić jedynie kapłanów, a nie takiego zwykłego człowieka jak ja. Nie da mi pracy ani nie pogłaszcze po głowie, że przynajmniej szukam, bo gdy przestanę, to z pewnością nie znajdę.
Nie zakwalifikowałam się na testera gier. Niestety – takie są fakty. Na lepsze czasy nie ma co liczyć: codziennie dzieją się rzeczy, które wcale nie pomagają mi żyć. Ja więdnę, każdego dnia umieram na oczach wszystkich, którzy czytają ten wpis.
Miałam dziś test na spostrzegawczość. Odbyły się w ramach rekrutacji na stanowisko testera gier w pewnej firmie.
W jaki sposób został on przeprowadzony? Ano – przysłano mi e-maila z zadaniami i miałam dwie godziny na to, aby dostrzec tam wszelkie znajdujące się błędy i je zaznaczyć, a potem spakować i wysłać w odpowiedzi na e-mail.
Jak mi poszło? Okaże się w przyszłym tygodniu. Tak właśnie napisał Tester Leader, który jest niejako współodpowiedzialny za proces rekrutacji nowych pracowników pod kątem poziomu ich spostrzegawczości.
Może ja tylko tracę czas, żyjąc na tym świecie? Może nie powinnam w ogóle istnieć? Jestem głęboko rozczarowana. Wysłałam swoje CV wszędzie, gdzie tylko mogłam i znów się skończyło jedynie na rozmowie kwalifikacyjnej. A tak się starałam… Chciałam pracować. Gdziekolwiek. I wszystko na nic. Nikt mnie nie chce.
Jestem głupia. Bo nie mogę znaleźć sobie jakiejkolwiek pracy. Jestem darmozjadem, ponieważ na moje leki idzie co miesiąc kupa kasy z pieniędzy legalnie pracujących obywateli. Do niczego się nie nadaję, choćbym nie wiem jakie studia skończyła, ile czasu poświęciłabym na szukanie pracy, przygotowanie CV i listu motywacyjnego, wysyłanie, oczekiwanie na telefon, to i tak niczego sobie nie znajdę, bo zawsze znajdzie się ktoś lepszy ode mnie. Jestem nienormalna, dlatego, że szukam.
Ciężko jest żyć w zawieszeniu między jednym wysłanym CV a telefonem, gdzie osoba po drugiej tronie zaprasza na kolejną rozmowę kwalifikacyjną. To prawdziwa szkoła życia i cierpliwości. Im dłużej to trwa, tym człowiek bardziej oddala się od rzeczywistości i zaczyna odmierzać czas nie dzieląc go na dnie i noce, lecz na dnie, w których albo zadzwoni telefon, albo pojawi się nowa szansa na wyciągnięcie się z finansowego dołka.
Ponoć już po trzech miesiącach bezowocnych poszukiwań można utracić pogodę ducha. Tylko że wówczas szanse znacząco maleją, bo pracodawcy raczej nie chcieliby przyjąć ponuraka, który uważa, iż nic mu w życiu nie wychodzi. To nie jest takie proste zachować radość życia, zwłaszcza kiedy jest się bezrobotnym od wielu lat (tu nie chodzi o mnie – podaję przykład). Ale jak tu się uśmiechać, gdy z dnia na dzień ubywa powodów do uśmiechu jak dziennej stawki żywieniowej na talerzu.
I tak, i nie. Na horyzoncie pojawiła się nowa nadzieja. Oznacza ona jednoczesną przeprowadzkę w zupełnie inne miejsce, do mniejszej miejscowości. Już raz tak próbowałam – w maju. Chciałam wyjechać do Poznania, ale wówczas jeszcze się wahałam czy w ogóle warto to robić. Dziś już by tego wahania nie było.
Gdybym miała w tej miejscowości pracować, najchętniej wynajęłabym mały pokoik o powierzchni do dziesięciu metrów kwadratowych. Tyle mi wystarczy na początek. Skoro jakoś mieszczę się ze wszystkim na ośmiu metrach, to maksymalnie dodatkowe dwa nie powinny stanowić jakiegokolwiek problemu. Ważne aby miał okno, drzwi i był umeblowany. O dostępie do WC i łazienki nie wspomnę, bo to powinien być standard.
To tyle, jeśli chodzi o chęci. Pracodawca też musi znaleźć chęć, aby mnie zatrudnić. A dlaczego ja chcę? Bo widzę siebie na tym stanowisku. Bo jest mi dobrze, gdy czuję się komuś potrzebna. Bo mogę w czymś pomóc w ramach moich obowiązków. I najważniejsze — bo lubię to robić. Webmastering jest moją pasją i chcę się w nim specjalizować, a taka praca to dla mnie wielka szansa.