Za młody, by umierać, za stary, by żyć – dziwna konkluzja, jakaś taka zawieszona w próżni. Niebezpieczna myśl, prowadząca do depresji. Najkrótsza droga do nędzy. Każe czekać na lepsze czasy. A jeśli nie nadejdą? Czy rzeczywiście mądrym posunięciem jest pozostawianie takich ludzi na pastwę losu? Uznanie ich za niepotrzebnych w pracy tylko z racji wieku, bo kadra musi być przede wszystkim młoda i lepiej wykształcona?
Kto powiedział, że średnia wieku w zespole powinna wynosić 20 lat? Trzydziestopięciolatek nie jest, wbrew pozorom, starym próchnem, jak mawiają niektórzy, wręcz przeciwnie – całkiem młody i jednocześnie już doświadczony. Wie na czym stoi i na co go stać, myśli rozsądnie, nie bierze ceny za swoją pracę z sufitu. To wręcz idealny partner w interesach.
Mam prośbę: choć jestem młoda – w przyszłej pracy przyda mi się ktoś dojrzalszy, ktoś, kto podpowie jak pracować lepiej.

